8 września 2016 czwartek

Łatwo nie jest.
Byłam pewna, że jak wrócę z naszej chaty w Silnowie nad jeziorem Pile
(można sprawdzić na mapie), zaraz, z pełną energią po tygodniu przebywania
na wsi, zabiorę się za bloga 
i szycie.

A tu masz.
Zaraz następnego dnia po południu dzwonię do mamy, która została w domu,
jak zwykle z zapytaniem jak się czuje, a ona ledwo mówi do telefonu

– Wracaj szybko! Bardzo źle się czuję.
Kolejnych telefonów już nie odbierała.
Jedna minuta i wszystko zmienia.
Po kolejnych interwencyjnych telefonach do sąsiadek (na szczęście mają klucz
do naszego mieszkania i jesteśmy umówione, że gdyby coś się stało, mają działać), czekam na informację.

Już nie cieszą dojrzewające w słońcu maliny ani piękne ogórki w ogródku.

Za chwilę wiemy, że mama wymiotuje, jest bardzo słaba i nie może podnieść się
z kanapy.

– Napiję się mięty i przejdzie – powiedziała sąsiadce – I żadnej karetki – stwierdziła kategorycznie słabym głosem.
Ta informacja mnie przeraziła. Ale “spokojnie”, nie jestem obok mamy i trzeba działać na odległość. W tej sytuacji tylko pomoc lekarza może być skuteczna.
– Pani Mario (sąsiadka) proszę wezwać bezwzględnie pogotowie – zdecydowałam.
Po pół godzinie (poszłam kopać do ogródka, bo nie mogłam znaleźć sobie miejsca), dzwoni telefon.
– Zabrali mamę do szpitala na oddział neurologiczny. Mama ma zawroty głowy
i nie może sama ustać na nogach – relacjonuje sąsiadka.

Pakujemy się. Słoiki, ogórki, koper, pietruszka, maliny do pojemnika (jak nie zbierzemy, zje ktoś inny), pies i jesteśmy gotowi do drogi.
Zdecydowaliśmy się jednak jechać dopiero wczesnym rankiem następnego dnia.
Jeszcze telefon do brata, że mama jest w szpitalu. I że wracamy do domu.
Oddzwonił za chwilę, że też przyjeżdża, tylko rano pozałatwia swoje sprawy.
I, że spotkamy się w szpitalu.

Ośmiogodzinna podróż minęła jak w amoku.
Parkujemy pod szpitalem, a zaraz potem widzę brata, zamyślonego i z papierosem
w ręce. Zgroza!

Może zdarzy się dwa w jednym: mama podreperuje zdrowie a brat po kontaktach
ze szpitalnym systemem uzdrawiania, nabierze więcej przekonania, że papierosy
to trucizna wcale nie utajona.

Jak się okazało już rozmawiał z lekarzem. A jeszcze wczoraj wieczorem dzwonił
do szpitala i bardzo się zdenerwował kiedy nie chcieli mu nic powiedzieć.

Mama leży sama na wielkiej sali podłączona do kroplówki. Uśmiecha się blado
ale zadowolona, że dzieci przyjechały i ma się kto o nią troszczyć.

– Co na prawdę się stało? – pytamy mamę i lekarzy.
– Nie wiem, wymiotowałam – odpowiada słabo.

A lekarze podjęli procedury medyczne aby ustalić: właściwie nie wiem do końca co: Dlaczego wylądowała w szpitalu? Jaka choroba mamie dokucza? Co można zrobić aby lepiej sie czuła?
Czy znajdziemy na te pytania odpowiedź?
Wiem jedno: mama już prawdopodobnie nigdy nie będzie w pełni samodzielna,
więc ten fakt zmienia życie całej rodziny radykalnie.